Pszczela rodzina: Truteń – postać tragiczna

Pszczela rodzina: Truteń – postać tragiczna

Wyobraź sobie, że już w dniu narodzin twoja przyszłość zostaje zdeterminowana przez autorytarną matkę. Od tej pory każdy twój krok zmierza do realizacji jednego, określonego celu. Jeśli zawiedziesz – nie dostaniesz drugiej szansy. A jeśli ci się powiedzie – zginiesz. W którymś momencie ci, którzy o ciebie dbali i którym ufałeś, zdradzą cię i zaczną traktować jak wroga. Na dodatek w świadomości społecznej zapiszesz się jako ociężały i niezgrabny próżniak, którego co najwyżej można nieco podręczyć, bo i tak nie będzie stawiał żadnego oporu.
Spójrzmy przez chwilę na świat oczami trutnia – postaci najbardziej tragicznej spośród wszystkich kast spotykanych w ulu.

Półsierota od poczęcia
Truteń z bliska. Źródło: Wikimedia.org; Autor: Richard Bartz, Munich Makro Freak & Beemaster Hubert Seibring, licencja CC BY-SA 2.5

 

Pszczoły są haplodiploidalne. Pod tym chłodnym naukowym terminem kryje się fascynująca zagadka natury, pozwalającej tym owadom samodzielnie decydować o płci potomstwa. I tak unasienniona matka, składając jajo do mniejszej lub większej komórki, automatycznie wybiera, czy wykluje się samiec czy samica. Jeśli jajo znajdzie się w mniejszej komórce, matka uwolni do niej również kilka plemników, dzięki czemu po 21 dniach wygryzie się nowa robotnica. Jeśli natomiast wybór padnie na większą komórkę, znajdzie się w niej samo jajo. Bez udziału plemników, po 24 dniach rozwinie się z niego truteń. Jest to jeden z nielicznych przykładów partenogenezy w świecie zwierząt, zachodzącej nie jednorazowo, ale wpisanej w specyfikę gatunku.

Jakie są tego konsekwencje? Robotnice są diploidalne, czyli posiadają podwójny zestaw chromosomów, pochodzących zarówno od matki, jak i od ojca. Dziedziczą cechy obojga rodziców. Tymczasem trutnie są haploidalne – brak u nich zestawu chromosomów ojcowskich. Oznacza to, że genetycznie truteń jest kopią matki. I robotnice doskonale o tym wiedzą. Rzadko, najczęściej na skutek chowu wsobnego, dochodzi do anomalii i w komórce rozwija się diploidalny samiec. Siostry zagryzają go i zjadają, zanim zdąży rozpocząć samodzielne życie. Świat pszczół jest światem kobiet. Samiec musi się dostosować lub zginąć (choć prędzej czy później zginie i tak, i będzie to śmierć tragiczna).

Haplodiploidalność ma dla pszczół ogromne znaczenie pod kątem doboru krewniaczego. Jest to hipoteza naukowa starająca się wyjaśnić występowanie w królestwie zwierząt altruizmu. Wydzielany przez matkę ektohormon hamuje rozwój układu rozrodczego robotnic, uniemożliwiając im rozmnażanie. Zgodnie z hipotezą doboru krewniaczego, zwierzęta starają się umożliwić przetrwanie osobnikom najbliżej spokrewnionym. Robotnice są najbliżej spokrewnione ze swoimi siostrami, dzieląc z nimi zestaw genów matki oraz wyrywkowo – chromosomy jednego z trutni, które matkę unasienniły. To dlatego gotowe są na daleko idące poświęcenie w obronie własnego gniazda, wobec braku możliwości wydania własnego potomstwa.

A gdzie w tym wszystkim biedne trutnie? Z każdą z sióstr dzielą jedynie połowę chromosomów. Rodzą się półsierotami. Mogą mieć co prawda potomstwo, ale po pierwsze – wyłącznie córki, a po drugie – nigdy ich nie spotkają (kres życia trutnia zostanie poniżej szczegółowo omówiony). Siostry będą się nimi opiekować, ale bez przywiązania – podczas gdy robotnica (zwłaszcza bez urobku) nie jest mile widziana w obcym gnieździe, trutnie mają całkowitą swobodę przemieszczania się między ulami. W domu rodzinnym nikt za nimi nie płacze, w nowym lokum nikt nie zwraca na nie uwagi. Gdy przestaną być przydatne, nikt nie będzie się o nie troszczył (nawet pszczelarz). A to wszystko dlatego, że w sfeminizowanym świecie owadów błonkoskrzydłych, samce służą wyłącznie do jednego…

Masz jedno zadanie

Wśród pszczelarzy panuje tendencja do obdarzania trutni dosadnym mianem „latających plemników”. Nie sposób jednak nie zgodzić się z tą terminologią. Faktycznie, jedynym zadaniem trutnia jest unasiennienie matki. Całe jego ciało przystosowane jest wyłącznie do sprostania tej roli (z dużą szkodą dla innych czynności, dających możliwość przetrwania, nawet tak podstawowych, jak odżywianie).

Trutnie są większe i masywniejsze od robotnic (a także od młodziutkich matek). Umieszczone na czubku głowy, złączone oczy, ułatwiają poszukiwanie matki oraz podlecenie do niej od spodu. Cała operacja nie jest bowiem łatwa – matka porusza się z prędkością nawet 65 km/h i wcale nie przysiada, żeby bliżej poznać przyszłego ojca swoich dzieci. Kopulacja następuje w locie, trwa jakieś 2 sekundy, a zwycięzcą jest po prostu najszybszy, najbardziej spostrzegawczy i najsprytniejszy truteń. Czy może raczej kilka, kilkanaście a czasem i kilkadziesiąt takich dziarskich trutni – pszczele matki nie są ikonami wierności. Zachowanie różnorodności genetycznej wymaga zgromadzenia materiału od jak największej liczby samców.

Ale po co te podchody – czy trutnie nie mogłyby unasiennić matki w ulu, regularnie, za każdym razem, gdy jej zasób plemników się wyczerpie? Z praktycznego punktu widzenia – świetny pomysł! Matka nie musi opuszczać gniazda, nie ma więc ryzyka, że po drodze zginie, pozostawiając robotnice w dramatycznej sytuacji, być może już bez opcji wychowania następczyni. Możliwość powtarzania kopulacji dawałaby szanse funkcjonowania jednej matki przez wiele lat. Jednak w kontekście biologicznym – rozwiązanie absolutnie nie do przyjęcia. Płodzenie potomstwa z własnymi synami, będącymi w 100% kopią genetyczną matki, a nawet z braćmi, z którym dzieli się połowę chromosomów, doprowadziłoby szybko do wystąpienia anomalii i upadku rodziny. Aby zachować różnorodność, matka musi poszukiwać partnerów niespokrewnionych – im więcej, tym lepiej.

Jeśli umierać, to z miłości (lub z głodu)

Trutnie odtrącone od ula.
Trutnie odtrącone od ula. Źródło: wikimedia.org, Autor: MikePhobos, licencja CC BY 2.5

Ostatecznie usatysfakcjonowana matka wraca z lotu godowego do ula, by podjąć swoje zadanie. Co w tym czasie robi jej kochanek? Nie żyje. Umiera jeszcze w trakcie amorów, gdyż jego narząd kopulacyjny odrywa się od ciała, wraz ze sporą częścią wnętrzności. Truteń to nie Romeo, raczej kamikadze, oddający życie za geny, których jest nośnikiem (geny swojej matki, bo ojca przecież nie ma).

Jeśli więc truteń stanie na wysokości zadania i wykona to, do czego powołała go natura, zostaje nagrodzony gwałtowną śmiercią przez wytrzewienie. Ale podczas gdy standardowo w gnieździe znajduje się jedna pszczela matka, trutni jest okresowo do 3 tysięcy. Nawet jeśli na jedną matkę przypada kilkudziesięciu absztyfikantów, to prosta matematyka mówi, że mało który zostanie ojcem. Co zatem dzieje się z tymi samcami, które nie miały szczęścia w miłości, a co za tym idzie, nie zginęły w trakcie przekazywania plemników?

Na pewno nie czeka ich długie, stereotypowo próżniacze życie. W języku potocznym „truteń” to określenie lenia, utrzymanka, mężczyzny bezczelnie i niehonorowo żerującego na kobiecie, zaznającego luksusów bez konieczności zarabiania na nie. Samce pszczół faktycznie do pewnego momentu zaznają opieki ze strony troskliwych sióstr – ale tylko dlatego, że inaczej nie dotrwałyby do lotu godowego. Trutnie nie potrafią zbierać nektaru i pyłku. Odżywiają się poprzez trofalaksję, co oznacza, że robotnice podają im pokarm „z ust do ust”. Ale tylko do czasu…

Gdy unasiennione matki są już bezpieczne w gniazdach, produkując kolejne pokolenia, trutnie przestają być potrzebne. Nawet gorzej – są one w rodzinie niepożądane. Dużo jedzą, wymagają uwagi, snują się od ula do ula, transmitując choroby – zwłaszcza chętnie podróżuje na nich varroa destructor. Takiego bagażu lepiej pozbyć się przed zimą, pozostawiając cenne zapasy dla znacznie bardziej pożytecznych samic. Usłużne opiekunki zamieniają się w bezduszne likwidatorki.

Przede wszystkim – przestają karmić swoich braci. Wygłodniałe samce poszukują litości w innych rodzinach, ale i tam czeka je przykra niespodzianka – do tej pory obojętne strażniczki zagradzają im wylotek, broniąc wstępu do ula. Odtrącone trutnie giną samotnie, zagłodzone i wychłodzone. Nie lepiej mają się te, które pozostały w gnieździe. W poszukiwaniu pokarmu, wędrują na skrajne plastry z miodem. Tam umierają z głodu, a obojętne robotnice rozczłonkowują ich ciała, aby łatwiej było je usunąć z ula. To by było na tyle jeśli chodzi o obrazek uśmiechniętego Gucia, wylegującego się w kielichu kwiatu.

Mimowolna służba nauce

Nie tylko siostry dręczą trutnie – robią to często sami pszczelarze. Powód jest prosty: truteń nie przedstawia szczególnej wartości i można poświęcić go na wprawki i eksperymenty. Zwłaszcza, że nie może się dręczycielowi odpłacić bolesnym ukłuciem – truteń nie posiada bowiem żądła. Jest duży, niezgrabny i bezradny.

Opalitkowanie (znakowanie) matek? Lepiej przećwiczyć je na trutniach – matki szkoda a robotnice żądlą. Kurs sztucznego unasienniania matek? Duże ilości trutni będą niezbędne do nabycia precyzji ruchów. Uczymy się wychowu matek i przekładania larw do mateczników? Najpierw pomęczmy larwy trutni, potem będzie można przejść do wyjmowania robotnic z mniejszych komórek.

Co przebieglejsi pszczelarze potrafią nawet popisywać się przed znajomymi laikami odpornością na ból, przykładając sobie do gołej skóry trutnie, których rzekome użądlenia tak dzielnie znoszą. Wysoka cena za kilka tygodni wygodnego życia i za sposobność przekazania genów w bolesnym, samobójczym, krótkim akcie płciowym.

Pozyskiwanie produktów pszczelich wiąże się nierozerwalnie z pewną ingerencją w funkcjonowanie rodziny. Mówiąc dosadniej: cokolwiek mamy od pszczół, pochodzi z kradzieży. Staramy się tylko, żeby rabunek nie zachwiał równowagi rodziny. Zabieramy robotnicom owoce ich pracy: miód, mleczko, pierzgę, wosk. W zamian jednak zapewniamy im opiekę i niejednokrotnie umożliwiamy przetrwane w trudnych warunkach współczesnych miast i wsi. Umiemy także wykorzystać trutnie. Nie, nie to, co przyniosą, ale właśnie je same. Mało u nas jeszcze popularne mleczko trutowe, stosowane w celu podniesienia odporności, ochrony ścian naczyń krwionośnych i usprawnienia pracy wątroby i tarczycy – to nic innego, jak zmielone larwy trutni. W tej formie pochodzące z nich białko jest doskonale przyswajane. Możemy się usprawiedliwiać – ich własne siostry nie okazują im wcale więcej empatii.

A może jednak przydatne?

Komórki trutowe stanowią większość dzikiej zabudowy. Usuwamy je bez żalu, zależy nam raczej na wosku niż na larwach. Nadal popularna jest metoda ramek pracy – wypełnionych wyłącznie czerwiem trutowym, które rzuca się na pożarcie varroa destructor (pasożyt zdaje się preferować trutnie). Poza tymi kilkoma, które unasiennią naszą matkę, reszta chłopaków mało nas interesuje (a tamte pochodzą przecież z innej rodziny).
Tymczasem przychodzi pora na wielką rehabilitację trutni! Okazuje się, że nie są one wcale zbędne, choć pozornie nie wykonują żadnej pracy.
Feromony wydzielane przez trutnie zwiększają produktywność robotnic. Dzieje się tak, ponieważ samce mają bardzo duże potrzeby żywieniowe, ale korzystają przede wszystkim pszczelarze – obecność trutni w ulu przekłada się na większe zbiory miodu.
To nie wszystko: duże ciała trutni wydzielają znacznie więcej ciepła, niż drobne ciałka robotnic. Z tej przyczyny ich obecność jest bardzo pożądana w chłodniejsze dni, zwłaszcza na początku i u schyłku sezonu oraz w trakcie śródsezonowych załamań pogody. Ta sama właściwość staje się jednak utrapieniem w tygodniach o wysokiej średniej temperatur.

Pytanie o pożyteczność trutni jest cokolwiek absurdalne. Stanowią one niezbędny element pszczelej rodziny, są potrzebne do jej przetrwania i prawidłowego funkcjonowania. Dzięki ilości czerwiu trutowego zdobywamy także ważne informacje o rodzinie – głównie o stanie płodności matki oraz o ewentualnej obecności trutówek. Poświęćmy im czasem kilka ciepłych myśli – natura jest dla nich wystarczająco okrutna.

Koniecznie czytajcie nasz cykl o pszczelej rodzinie. Zapraszamy do lektury 🙂

Jaworznianka, czyli trochę krakuska a trocha Ślónzoczka. Dziennikarz, filolog, pszczelarz, wegetarianka. Poza zapylaczami pasjonują mnie dinozaury i kosmos, rollercoastery i drzewa, książki i filmy, rower i słodycze. Lubię burze i szparagi. Kocham wszystkie koty i jednego puzonistę. Nie znoszę zakupów i nie mam telewizora. Boję się parkowania równoległego i wilków z "Pana Kleksa". Uczę się grać na kalimbie i marzę o trojaczkach.

Zobacz również

Dołącz do naszej
społeczności

Bądź EKO każdego dnia i zachęcaj do tego innych. Śledź nasze profile, lajkuj i udostępniaj. Najważniejsze, żeby było nas jak najwięcej.

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do naszego newslettera

Inspirujące artykuły, ciekawostki ze świata przyrody, edukacja ekologiczna, relacje z naszych akcji. To wszystko i sporo więcej, za to zero spamu i nachalności. Bądź z nami!

Masz jakieś
pytania?

Zadzwoń i dowiedz się wszystkiego, czego potrzebujesz.